kici kici (stare, ale może choć ciut jare?)



Czarny niczym smoła kot siedział pod Księżycem. Z ulgą stwierdził, że jego pani jeszcze śpi. Jest to jeden z tych wspaniałych momentów w życiu kota, kiedy może on spokojnie wyostrzyć węch i słuch, aby wyczuć skradające się myszy. Dziś nie siedzą one pod miotłą, bo miotły nie ma. Technika poszła naprzód, więc nawet konserwatywne czarownice do swoich nocnych lotów używają odkurzaczy. Problem w tym, że myszom nie spodobało się siedzenie pod odkurzaczem. Zatem kot musi intensywniej wyostrzyć swoje zmysły, by je przyłapać na kradzieży sera. O tak, kradzież sera, który został zrobiony z przepysznego mleka, jest jak najbardziej czymś karygodnym. A kot-misjonarz jest zmuszony do tego, by je łapać i nawracać. Nie, nie. Koty nie jedzą myszy. Kocie podniebienie jest zbyt delikatne i godne, by zostać upokorzonym przez coś tak nędznego jak mysz. Szkoda jedynie, że ludzie tego nie rozumieją i nazywają koty pożytecznymi stworzeniami nie ze względu na ich misję, a jedynie z tego powodu, że są w błędzie, myśląc, że kot połknie wszystkie myszy grasujące w domu. I nagle Lord Nicpoń zauważył, że coś się rusza pod ścierką, służącą czasem jego pani do przeganiania go z kominka. Nie rzucił się od razu, by schwytać poruszające się coś, tylko przyczaił się, wiedząc, że tylko spokój i skupienie jest jego bronią. Nagle spod ścierki wysunął się cienki różowy ogonek, który równie nagle się schował. Bardzo irytujące jest to małe barbarzyńskie stworzenie, jednak kot czekał tylko trochę się jeżąc. I nagle szybko niczym błyskawica mysz zaczęła biec, trzymając w pyszczku swoją zdobycz. Oczywiście, nie było to nic innego jak kawałek żółtego sera. Mysz biegła, ale nie bardzo wiedziała dokąd. Lord Nicpoń doskonale o tym wiedział, więc nie rzucił się za nią w pogoń, ale czekał, obserwując swoimi bystrymi oczami jej chaotyczne ruchy. W całej tej mysiej ucieczce nagle wypadł jej ser. Przerażona stanęła na dwóch łapkach między nogami krzesła, zupełnie jakby się zastanawiała, czy uciekać czy wrócić, narażając siebie. Kot chwilę czekał, widząc jednak niezdecydowanie stworzenia, podszedł majestatycznie do sera, powąchał go i zjadł.

Okazuje się, że jedynym sposobem pokonania myszy przez Lorda Nicponia było użycie jej własnej broni. Kot, uważając postępowanie myszy za barbarzyńskie, uznał, że tylko zachowując się równie barbarzyńsko jest w stanie ją pokonać. I krocząc ku swojemu posłaniu, był dumny ze swojego misjonarskiego postępku – pozbawienia upokorzonej mysiej rodziny śniadania.



Cazik... 2008-09-03 12:14:24
skomentuj
Lay's Stix i wylewanie na śniadanie

No to uporałam się jako tako z Krakowem, zatem jest czas, aby zrobić sobie małą przerwę na papieroska, Lay's stix i wiadomość dla mojego Drogiego Wyimaginowanego Czytelnika. Ostatnio, aby poprawić sobie humor, często oglądam zrobione przez siebie filmy. Nie to, żeby były tak świetne, po prostu dzięki nim nie straciłam do końca wiary w siebie i tylko one udowadniają mi, że ów rok studencki nie był stracony, a ja - wcale nie taka leniwa. Postanowiłam zatem odsłonić tajemnicy część pierwszą i podzielić się historią Cazika pseudoreżysera, amatora, niepoprawnego marzyciela. Czyli perwersyjne podsumowanie życia-własnego-niby-bardzo-twórczego.

Dawno dawno temu...



Chapter I czyli W(y)stęp(ki)

Był sobie mały Cazik, który śpiewał w wannie przeboje lata. Gdy wyszedł z wanny, latał po domu, udając fokę. Rodzice po jakimś czasie mieli dosyć dźwięków "ou ou" i wysłali Cazika na zajęcia teatralne, aby tam popisywał się swoją onomatopeją. Na zajęciach Cazik robił za sekretarkę, królewnę i bobra. Potem Cazik wielką ambicję miał i do Ogniska Teatralnego JiHM zdał. Tam robił już dziwne rzeczy, o których aż wstyd pisać. W końcu stwierdził, że ma ochotę nie tylko robić za sekretarkę, księżniczkę i bobra, ale chce również zmusić innych do robienia różnych takich...ehm. Zatem zabrał się za reżyserowanie, czyli na nerwach ludzkich granie. Z tendencją do rymów częstochowskich, chciał dokonać rzeczy mistrzowskich... No dobra...

Chapter II

Potem przyszedł rok filmowy i Cazik znalazł się za kamerą, przed kamerą, na kamerze, do kamery się nie zmieścił.

Chapter IIa

Pierwsza histora była dość prosta. Było dwoje pięknych aktorów, piękny operator, piękny mikrofoniarz i Cazik - niczego nie rozumiejący. Treść filmu dalej zakazana, na youtubie nie ukazana. W każdym razie Cazik się pocił i pocił, aż w końcu wyrzeźbił, będąc pod okiem starszych stażem.

Chapter IIb

Tu Cazik chciał znaleźć Panią Słowikową, ale żadna nie była chętna na zabawy z Cazikiem. Zatem Cazik musiał przejść metamorfozę i sam zaczął śpiewać i bawić się bułeczkami (Słowiczy śpiew).

Chapter IIc

Kolejne wygibasy Cazika to kawałki pysznego ciałka (Cel). Podczas kręcenia na boku Cazik woził się taczką i krzyczał przeraźliwie (przecinki sobie, DWC, wstaw sam).

Chapter IId

Ostatnia próba Cazika to królik w cylindrze. A zamiast królika wyskakujące chochliki (Nie bądź taki chochlik).

Chapter III


I koniec historii Cazika, który teraz spoczywa w Alejach Gwi(a)zd... Dobrze żarło i zdechło.

Cazik... 2008-08-26 17:38:50
skomentuj
Otóż


W każdej mojej notce widocznej na stronie pojawił się komentarz z linkiem do testu IQ. Zmobilizowało mnie to do napisania kolejnej notki, aby Drogi Wyimaginowany Czytelnik nie pomyślał sobie, że właśnie bawię się w tego typu duperele. Nie będę Wyimaginowanego Czytelnika zanudzać, a jedyne, co zrobię, to:



Otóż, czym można się zajmować w sierpniowe wieczory. Odpowiedź dla studenta (kto wie, jak długo...) historii sztuki jest prosta.
Cudownym, przepięknym, drogim jak cholera, niegościnnym, aczkolwiek naszym Krakowem. Tak więc kurs małego hsowicza.


 
Można się zajmować liliowymi arkadkami w Kościele Dominikanów...


 
...opłakanym losem św. Stasia


 
...stopami w Kościele św. Anny


 
...oraz kwiatkami Wyspiańskiego.

Jak widzisz, Drogi Wyimaginowany Czytelniku, moje życie jest arcyciekawe i bogate w formy.
Tym oto miłym akcentem skończę owo grafomaństwo.

Cazik... 2008-08-25 21:57:15
skomentuj
Uuu

No proszę, ktoś jednak się odezwał. To oznacza, że moje blogiszcze nie jest jeszcze zasnute pajęczyną. Tak mnie ucieszył głos owej osóbki (jeśli pozwolisz, o Pani: Wendy), że postanowiłam coś znów sklecić. Jest to swego rodzaju przerwa w płakaniu nad Chrystusem, gdyż od dłuższego czasu zajmuję się głównie tym. Nie oznacza to, że właśnie uczęszczam śladami współczesnych pielgrzymów. Nie nie, może pielgrzymów, ale na pewno nie współczesnych. Bardziej tych historycznych, bądź historyczno-sztucznych. Te zawiłe zdania nie oznaczają niczego innego, jak po prostu przygotowań do poprawek. Toteż jedynym pielgrzymem, którego śladami mogę (powinnam?) uczęszczać, jest grecki pielgrzym imieniem Nicola.
Cytat (Głoria Fossi "Sztuka romańska i gotycka"):
W roku 1094 młody pielgrzym grecki imieniem Nicola wysiadł na ląd w porcie Otranto, kierując się do sanktuarium Monte Sant'Angelo w pobliżu Gargano, gdzie od dawna czczono archanioła Michała. Dotarł do Trani i tam, wyczerpany trudami dalekiej podróży, upadł na schodach ówczesnej katedry poświęconej Marii Pannie, a po kilku dniach zmarł z wycieńczenia. Ta legenda wiąże się z fundacją nowej katedry w Trani, dedykowanej świętemu pielgrzymowi, który został tu pochowany.
Ciekawe, czy mnie też wybudują świątynię, jeśli padnę nad książkami. Prawdopodobnie jednak ten zaszczyt przysługuje tylko pielgrzymom... Zatem nie pozostaje mi nic innego, jak wyglądać tak:

 
Jeżeli ktoś życzy sobie obejrzeć obrazek w powiększeniu, proszę bardzo: Głupie baby

Swoją drogą, książkę Glorii Fossi polecam wszystkim, którzy nie patrzą na średniowiecze z odrazą, a także tym, którzy patrzą, a chcieliby się do niego przekonać, bo np. muszą (wierzcie, że jestem przykładem takiego myślenia).
Ale kto tam będzie się interesował jakimiś kamieniołomami, skoro właśnie zdobyliśmy złoto w kulce, prawda?.... Heh!

A tak poza tym, to uknuliśmy z moim Sercem pomysł napisania Biblii od nowa, coby ułatwić (albo i nie...sesese) życie przyszłym studentom historii sztucznej. Narazie nie będę Wam zdradzać szczegółów, bo jeszcze nam je odbierzecie. Zresztą, kogo to obchodzi...

Z wszelkich innych ciekawostek mogę się pochwalić oporną, aczkolwiek przyjemną, samotną nauką włoskiego i tyle. Umiem powiedzieć Voglio delle caramelle. I póki co, ten fakt mnie uszczęśliwia jak nic.

Cazik... 2008-08-15 18:00:45
skomentuj
No dobrze...

Ok, ponieważ cazik.blog.pl istnieje już ponad 4 lata, postanowiłam trochę tu pozmieniać... I tak nikt tego nie czyta, więc nikt się nie obrazi. Pierwszym problemem jest moja głupota. Nie rozumiem, czemu w przeglądarce IE wszystko wygląda, tak jak ja sobie tego życzę, a w Operze już nie i mi skacze i powiewa, nie wiadomo czemu. W każdym razie, jak widzisz, Drogi Wyimaginowany Czytelniku, trochę powiększyłam ten cały bałagan. I prawdę mówiąc, nie interesuje mnie to, czy Ci się to podoba czy nie i czy mieści się to na Twoim maleńkim monitorze - na moim się mieści. Jeśli masz problem, napisz. Chętnie przyjmę jakiekolwiek skargi, gdyż będzie to oznaczało, że istnieje tu jakieś życie... Kolejna sprawa to już plany. Mam zamiar wstawić tu galerię zdjęć. Ale jeszcze zastanawiam się nad tym krokiem, może po prostu będę je tutaj zamieszczać w blogu. A tak!






Cazik... 2008-08-11 01:21:44
skomentuj
Cyrk

 

Cazik... 2008-08-06 17:31:07
skomentuj
Myśl na temat historii sztuki Materia dzieła sztuki (HS 2008)

Historia sztuki jest jedną z nauk humanistycznych. Zajmuje się dziełami sztuki, a także piśmiennictwem na temat sztuki. Zagadnień, które podlegają myśli o historii sztuki jest wiele: funkcje sztuki, jej znaczenie, egzystencja i inne. Mnie osobiście wydaje się ciekawe zagadnienie materii dzieł sztuki – jej adekwatność lub nie, podkreślenie materią dzieła sztuki lub zaprzeczenie mu, a także materia, która wydaje się być zupełnie inną materią.



Zaprzeczenie materii
Pierwszym problemem, jaki chciałabym poruszyć jest dzieło sztuki, które zaprzecza materii, z jakiej jest wykonane. Przykładową materią będzie marmur. Chociaż od stuleci ludzkość jest przyzwyczajona do obłych kształtów marmuru w posągach pięknych kobiet, mężczyzn i dzieci, to jednak patrząc na te rzeźby, zapominamy, czym jest marmur. Nie patrzymy na dzieło jak na skałę metamorficzną powstałą z przeobrażenia wapieni. I mimo, że nieraz mówimy, że artysta tchnął życie w kamień, bardziej myślimy o posągu, który wydaje się za chwilę do nas przemówić, niż o skale, która w swych początkach wcale nie była taka obła i nieskazitelna. Gdy dotkniemy marmurowej rzeźby, okazuje się, że jest ona zimna i twarda, będąc pozornie np. lekką niewiastą. Okazuje się również, że nie jest tak lekka, jakby się zdawało. (Nieraz łączono marmur i inną materią, ze względu na to, by nie uszkodzić dzieła. Np. posągi konne czasem są połączeniem marmuru i brązu – z marmuru jest wykonany koń, a jeździec techniką odlewu. Gdyby jeździec był wykonany również z marmuru, mógłby przełamać rzeźbę konia.) Aby nie być gołosłowną, podam przykład artysty, który z marmuru potrafił stworzyć dzieła, które wizualnie wydawały się lekkie, miękkie i ciepłe. Jest nim włoski rzeźbiarz architekt i malarz, jeden z najwybitniejszych twórców epoki baroku, Giovanni Lorenzo Bernini. Spójrzmy na wykonaną przez niego, w latach 1622-25, grupę rzeźbiarską Apollo i Dafne. Temat rzeźby został zaczerpnięty z rzymskiego poematu epickiego Przemiany Owidiusza. Ukazuje moment, kiedy to zakochany w nimfie Dafne Apollo, ściga swoją ukochaną. Piękność jednak nie odwzajemnia jego uczucia i uciekając, prosi bogów, aby ją uratowali. Bóstwa wysłuchują jej próśb i w momencie, kiedy Apollo dotyka jej, nimfa zamienia się w drzewo. Nimfa prawdopodobnie szybko zamieniłaby się w drzewo, ale Bernini przeszkodził jej w tym, zatrzymując w kamieniu ową krótką chwilę. Owy motyw metamorfozy był charakterystyczny dla jego czasów. Jednak mówiąc o materii, należy zwrócić uwagę na wiotkie ciała pary bohaterów, na materiał wokół bioder Apolla, na pień drzewa, który pochłania Dafne oraz na gałęzie i listki, które zaczynają z niej wyrastać. Patrząc na obie postaci, nie czujemy chłodu i ciężaru materii, z jakiej zostały wykonane. Apollo zdaje się mieć sprężyste, a zarazem lekkie (stoi niemalże na palcach jednej nogi) ciało, któremu tylko inni bogowie mogli przeszkodzić w dogonieniu nimfy. Materiał na jego biodrach zdaje się być tak lekki i śliski, że powstaje wrażenie obawy, aby nie porwał go wiatr. Jego włosy są poddane pędowi powietrza. Ciało Dafne natomiast jest obłe, dziewczęce i wydaje się być ciepłe. Jej włosy są rozrzucone na boki pojedynczymi kosmykami. I nagle to ciało zamienia się w drzewo. Jedna noga jest jeszcze ciepłym ciałem, druga natomiast pokryta jest korą i jej palce zaczynają zapuszczać korzenie. Z łydki wyrasta gałązka, z palców uniesionej dłoni – pęk liści. Autor nie tylko ukazał nam marmur w postaci innej materii, jaką jest ciało ludzkie. Pokazał, że potrafi w jednym dziele zamienić marmur w ciało ludzkie, w tkaninę, w drewno i w liście.
Innymi, choć o wieki późniejszymi przykładami dzieł sztuki, które zaprzeczają materii, z jakiej zostały wykonane, są „produkty”, pochodzącego ze Szwecji, Cleasa Oldenburga z 1961-62 roku. Autor sprzedawał je w swoim sklepie w Nowym Jorku. Cały sklep i jego wyposażenie wykonane były z malowanego gipsu. Dwa cheesburgery ze wszystkim są przykładem towaru z owego sklepu. Chociaż mamy świadomość, że nie jest to prawdziwe jedzenie, jakaś część owego dzieła powoduje skurcz w żołądku. Częścią tą są głównie smacznie wykonane pomidory i ser. Owa zabawa pop-artu z odbiorcą, któremu podawano produkty codziennego użytku w oprawie tradycyjnych technik artystycznych, najlepiej widoczna jest w dziełach Roya Lichtensteina, amerykańskiego malarza, grafika i rzeźbiarza. Jego komiksowe obrazy wydają się być tylko powiększeniem „ramek” komiksu. Charakterystyczne kropki zdają się być wynikiem wielkiego wydruku jakiejś taniej gazety. Tymczasem artysta tworzył swoje dzieła w sposób bardzo tradycyjny – olejem na płótnie. Nie jest to już jednak tylko popis umiejętności twórcy, z jakim mieliśmy do czynienia u Berniniego. Jest to intelektualna zabawa z przymrużeniem oka, gdzie właściwie dzieło sztuki zawdzięcza swoją nazwę (nie tylko dzieła, ale dzieła sztuki) właśnie materii, z jakiej zostało wykonane.

Materia nie ze sztuki wzięta
Zaprzeczeniem powyższego problemu są dzieła sztuki, których materiał w żaden sposób nie kojarzy nam się ze sztuką, a także i samo dzieło dopiero po przedstawieniu przez artystę, nazwane zostaje sztuką. Oczywiście, najbardziej charakterystycznym dziełem tego typu jest Fontanna – ze zmyśloną datą 1917 – Marcela Duchampa, gdzie materią stał się zwykły pisuar. (Innym „łazienkowym” dziełem wspominanego wyżej Cleasa Oldenburga jest Miękki sedes wykonany z winylu. Jednakże, nieadekwatność materii do tematu natychmiast daje nam wskazówkę, że nie mamy do czynienia ze zwykłym sedesem). Natomiast u Duchampa tylko nazwa informuje nas o tym, że mamy do czynienia z dziełem sztuki (anty-sztuki), gdyż ani materia ani temat same w sobie nie dają nam takiej informacji. Oprócz tytułu ważne jest również publiczne pokazanie danego obiektu. Artystą, który poszedł o wiele dalej był Joseph Beuys. W latach 60. XX wieku wykorzystywał on nietrwałe materiały do tworzenia swoich rzeźb. Przykładem jest Krzesło z tłuszczem. Jak sam mówił: „Zająłem skrajne stanowisko w rzeźbie i wybrałem materiał, który jest samym fundamentem życia i nie jest kojarzony ze sztuką”. Tłuszcz Beuysa spoczywa na drewnianym krześle i powoli się rozpuszcza. Początkowo jednak miał formę zgeometryzowaną, co było wyrazem myśli Beuysa o przejściu od chaotycznej materii do określonego, uporządkowanego stanu. Owym uporządkowanym stanem była początkowo sama materia dzieła – ułożony symetrycznie na krześle kawałek tłuszczu. W końcu jednak, gdy tłuszcz się rozpuści całkowicie, zostanie samo krzesło, będące kolejnym uporządkowanym stanem. Oczywiście, Beuys nie czekał, aż tłuszcz się rozpuści, już sama idea była dla niego ważna. Oprócz doboru niekonwencjonalnej materii do tematu, mamy tu również do czynienia z przemijalnością materii, z jakiej jest wykonane dzieło sztuki. Oczywiście, każda materia narażona jest na zniszczenie z biegiem czasu. Jednak mało który artysta tworzy dzieło z zimną świadomością, że istnieje ono po to, by ulec rozpadowi. Zazwyczaj marzeniem artystów jest „trwanie dzieła”.

Materia tworząca iluzje
Następnym ciekawym problemem są dzieła sztuki, których materia udaje inną materię do tego stopnia, że ulegamy złudzeniu. Dziełami tego typu są obrazy na płótnie, które do złudzenia przypominają fotografie. Przykładem jest twórczość Ralpha Goingsa, który od lat 60.-70. XX wieku jest związany z nurtem fotorealizmu. Jego akwarela America's Chili Sauce z 2003 roku to istne złudzenie dla oka, które ulega wrażeniu, że ma do czynienia ze zwyczajną fotografią butelki ketchupu ukazaną w jednej trzeciej. Tymczasem jest to niezwykle szczegółowe malarstwo tego artysty. Lecz nie tylko sztuka XX wieku lubiła oszukiwać odbiorcę. W drugiej połowie XIX wieku – w czasie, kiedy sztuką władały neostyle – modne były przedmioty, które udawały, że są zrobione z innego materiału. Toteż często szklane naczynia imitowały porcelanę czy kamienie półszlachetne, np. ametyst (Muzeum Narodowe w Warszawie). Aby sięgnąć w jeszcze bardziej odległe czasy, należy się cofnąć do epoki baroku, gdzie sztuka iluzjonistyczna była jedną z jego charakterystycznych cech. W dekoracji kościoła św. Ignacego w Rzymie, zaprojektowanej przez Andrea Pozzo, zacierają się granice między malarstwem a rzeźbą. Oprócz tego w baroku często zamiast marmuru był używany stiuk, który z powodzeniem go naśladował.

Materia eksponowana

Istnieją również dzieła sztuki, które wręcz eksponują swoją materię, która jest bardzo adekwatna do tematu. Tak się dzieje w rzeźbach Nauma Gabo. Są to sferyczne rzeźby wykonane często z metalu i żyłek nylonowych. Są ponadczasowe i abstrakcyjne. Natomiast Constantin Brancusi szukał formy i materiału do tematu. Jego Ptak w przestrzeni z 1941 roku jest zarówno podkreśleniem tematu trafną, czystą formą, a także podkreśleniem materiału, z którego został wykonany (brąz). Czasem sięganie po konkretną materię jest przejawem pewnej idei, jak to było w przypadku Torsu (1924-1926) Antoine’a Pevsnera. Aby wyrazić ducha współczesnej epoki, sięgał on po nowoczesne tworzywa sztuczne. Oprócz tego, w owej rzeźbie użył takiego materiału, który dzięki swojej przezroczystości dawał możliwość przenikania światła, co również wiązało się z nowoczesnym myśleniem.

Materia, czy ta naśladująca inną, czy ta, która użyta jest wbrew swej pierwotnej strukturze, a także ta podkreślająca temat dzieła i odwrotnie, zawsze towarzyszyła dziełom sztuki. W końcu stała się nie tylko narzędziem do pracy, ale również tematem naukowo-filozoficznym, aby w końcu okazało się, że nie zawsze jest potrzebna. Rozwój wizualizacji w końcu XX i XXI wieku zadaje pytanie, czy to, co było często sednem sztuki, czymś, bez czego sztuka nie mogłaby istnieć, nie zniknie, bo nie będzie już potrzebne.


Cazik... 2008-07-27 22:06:05
skomentuj
Barbara Zbrożyna. Figury nasłonecznione 29 marca – 18 maja 2008 Zachęta Narodowa Galera Sztuki

Dnia 17 maja 2008 wybrałam się na wystawę Dokumentalistki – polskie fotografki XX wieku w Zachęcie. Chciałam zdążyć przed falą „miłośników sztuki”, którzy w Noc Muzeów nagle przypominają sobie o istnieniu galerii i muzeów. Wystawa nie dość, że wspaniale rozreklamowana, została mi również polecona przez kilka ponoć znających się na rzeczy osób. Mimo wnikliwej obserwacji fotografii pań, nie byłam nią zachwycona wbrew reklamom i opinii polecających. Przyznaję, że zostało mi w głowie kilka fotografii i nazwisk, które warto, moim zdaniem, zapamiętać (szczególnie fotografie Zofii Rydet), jednak nie czułam w wystawie „duszy”, która według mnie powinna jej towarzyszyć. Po kilkugodzinnym spacerze między zdjęciami o różnorodnej tematyce, pożegnałam się z paniami dokumentalistkami, aby być mile zaskoczoną i dotrzeć do pomieszczenia buchającego mi w twarz falą gorąca.



Weszłam do ciemnej sali, w której czułam ciężki zapach mokrego cementu. Gdzieś daleko widziałam światło padające na trzy wątłe figury zdające się lewitować. Przypominały prymitywne idole lub jednonożne mumie ze zwisającą skórą. Podchodząc do nich nie znalazłam się w świetle, które na nie padało. Wydawało się być zarezerwowane tylko dla nich. Były to Figury żałobne I, II, III. Odczytawszy tę informację, rozejrzałam się dookoła i zobaczyłam przedstawienia wyżartych sarkofagów, epitafium o miedniczym kształcie, węglowe abstrakcje na ścianach i inne tajemnicze kształty oświetlone własnymi, wręcz prywatnymi snopami światła. Poczułam się tak, jakbym się znalazła w jakiejś świątyni umarłych, gdzie jedynym słusznym dźwiękiem była cisza. Przyznam się, że później czytając co nieco na temat tej wystawy, dowiedziałam się, że towarzyszyła jej muzyka Krzysztofa Knittla. Osobiście nie pamiętam żadnej konkretnej muzyki, którą można by zanucić. Pamiętam ciężką ciszę. Ale prawdopodobnie to właśnie dobór muzyki spowodował tę aurę duszności. Jeśli wsłucham się dokładnie we własną pamięć, przypominam sobie jedynie dudniące gdzieś w oddali dźwięki jakby z innego świata. Podróżując zatem dalej, szłam niemalże na palcach by nie zbudzić śpiących u moich stóp małych białych i brązowych figurek leżących na jasnej planszy na środku sali. Były to maleńkie przedstawienia kobiet śpiących na brzuchu, na plecach, na boku. Tytuł brzmiał Życie jest snem, jednak patrząc na te istotki, miałam wrażenie, że nie śle on wbrew pozorom optymistycznego przesłania. Kobiety w swoim śnie były samotne, każda oddalona od innych, w niewygodnej pozycji z podkurczonymi nogami. Były ułożone na środku pomieszczenia, aby można było oglądać ich inercję, podczas gdy inne rzeźby ukrywały się gdzieś w ciemnych kątach. W końcu i ja trafiłam do jednego z nich, aby stanąć przed epitafiami i sarkofagami. Każde z nich miało w sobie dziwną siłę organiczną (szczególnie Epitafium dla Buddy przypominające kości miednicy), a zarazem sprawiało wrażenie pochodzenia ze złomowiska – cmentarzyska niepotrzebnych rzeczy.



Gdy wychodziłam z owej sali, miałam uczucie opuszczania krypty, tym bardziej, że w kolejnym pomieszczeniu czekało na mnie gigantyczne słońce, od którego biła aura ciepła i życia, podkreślonego czerwonymi ścianami. Tu spotkałam Króla i królową – figury z brązu znów przypominające prymitywne idole. Nie niosły one jednak zadumy jak poprzednie rzeźby, miały w sobie dostojeństwo i życie podkreślone połączeniem ciał (ramieniem Króla czy Królowej?). Obok nich stał niepozorny Pomnik Ptaka do ptaka w żaden sposób niepodobny. W końcu doszłam do białej rzeźby Macierzyństwo i zdałam sobie sprawę, jak bardzo przemyślaną jest ta wystawa. W poprzedniej sali czułam nastrój spokojnej, naturalnej, aczkolwiek samotnej śmierci. Tu natomiast pokazano mi gorąco i pełnię życia, gdzie matka unosi swoje dziecko i wydaje się krzyczeć „Spójrzcie, nowe życie!”.

W ostatnim maleńkim pomieszczeniu można było obejrzeć film z rozmową z Barbarą Zbrożyną, lecz prawdę mówiąc, nie pasował mi do konwencji całej wystawy, która wciągnęła mnie w jakiś odległy świat prymitywnej sztuki, cielesności i bytu człowieka nieznającego jeszcze długo technologii. Wydaje mi się, że krótkie informacje pod dziełami i notka na temat działalności autorki wystarczały odbiorcy. A jeśli ktoś chciałby dowiedzieć się więcej na jej temat i obejrzeć z nią rozmowę, powinien mieć możliwość kupienia filmu na DVD. Może to jednak tylko moje przewrażliwienie, gdzie tego typu sztuka nijak nie łączy się z telewizją.



Gdy wychodziłam z wystawy, obejrzałam się jeszcze raz za siebie i przez mroki pierwszego pomieszczenia zobaczyłam w oddali rzeźbę Macierzyństwo. Była to bardzo ciekawa perspektywa pełna nadziei. Pozwolę sobie zatrzymać się przy tym widoku, gdyż rzeźba ta wydaje mi się pewnym apogeum wystawy. Poza tym ukazuje świadomość artystyczną autorki i jest potwierdzeniem, że wykształceni artyści XX wieku (jaką była Barbara Zbrożyna) byli w stanie tworzyć nie tylko abstrakcyjne dzieła. Oprócz tego ustawienie tej rzeźby tak, aby była widoczna z punktu pomieszczenia cmentarnego niosąc ze sobą podsumowanie ludzkiego losu, jest świadectwem świadomości kuratora wystawy (Anna Maria Leśniewska, autorka książki Barbara Zbrożyna. Rzeźba) na temat twórczości autorki, co nie zawsze jest oczywiste. Rzeźba ta przypomina dzieła Henry’ego Moore’a, a co za tym idzie – aranżuje przestrzeń, zabiera fragment powietrza. Zresztą nie tylko to dzieło zdaje się prowadzić dyskurs z Moore’em. Król i królowa z 1961 roku niemalże wychodzą od rzeźby moore’owskiej z 1952 roku o tym samym tytule, tak samo Rzeka z 1955 – od Leżącej figury znajdującej się w Cambridge. Mnie osobiście Macierzyństwo Zbrożyny przypomina rzeźbę Jean Arpa Demeter, chociaż jest od niej wcześniejsze o trzy lata. Barbara Zbrożyna była studentką m.in. prof. Xawerego Dunikowskiego i często pisze się o wystawie w Zachęcie jako o zmierzeniu się z tradycją rzeźby, ukształtowanej w jego pracowni. Chociaż formalnie, moim zdaniem, rzeźby artystki odbiegają od dzieł Dunikowskiego, niosą jednak podobne treści co wczesne dzieła tego artysty zawarte w czystej, minimalnej formie. Mam na myśli głównie rzeźbę Tchnienie z 1903 roku, gdzie wielka postać z czułością całuje maleństwo spoczywające na jej ramieniu. Ten sam kontrast formy i treści można znaleźć w dziełach Zbrożyny.

Nadrzędną zasadą pracy twórczej Zbrożyny było widzenie rzeczywistości poprzez istnienie człowieka, a co za tym idzie wychwytywanie najważniejszych aspektów ludzkiej egzystencji, wskazywanie wartości i dążenie do przekazania ich jako wzoru godnego życia.

W ten sposób wprowadza nas Galeria w twórczość artystki. Choć przeczytałam tę informację na końcu mojej wędrówki, jestem w stanie się z nią w zupełności zgodzić. Właściwie, tę myśl można zrozumieć bezbłędnie w trakcie wystawy, ponieważ dzieła Zbrożyny, a także aranżacja wystawy bronią się same. Chociaż Barbara Zbrożyna była aktywną artystką, działaczką opozycyjną, współtwórczynią Grupy 55, nie odniosła światowego sukcesu, a jej nazwisko już rzadko się pamięta – tym bardziej wartościową była wystawa Figury nasłonecznione w warszawskiej Zachęcie.

(UWAGA! Zdjęcia nie są mojego autorstwa. Były pomocą dydaktyczną w napisaniu pracy, znalezione w necie. Jeśli ktoś zna autorów, proszę o kontakt.)

Cazik... 2008-05-25 17:06:43
skomentuj
Jaskółka (AFiT 2008)

Jak co wieczór trzydziestoletni Joy o godzinie 18.00 zakłada spodnie w kolorowe paski, czerwone szelki, różową koszulę, zielony ciasny kubraczek, pedantycznie zawiązuje na szyi gigantyczną muchę w kropki, przeciera szmatką jaskrawe piłeczki, szykując się do kolejnego popisu durnia. Jak co wieczór do jego małego pokoiku wbiega spocony Maestro, by powiedzieć mu, że za pięć minut wychodzi na arenę. Joy wyciąga pączek z papierowej torebki i zjada go, poczym przegląda się w lustrze, maluje na twarzy olbrzymi uśmiech, podrzuca piłeczki, które spadając odbijają się od jego kolana i stopy, aby wrócić posłusznie do dłoni. Uśmiecha się do potwora w lustrze i wychodzi z pokoiku. Czekając na swoją kolej stoi za kulisami i przez szparę w kurtynie uszytej z zatęchłego sukna obserwuje Jaskółkę chodzącą po linie. Dziś lina zawieszona jest bardzo wysoko, a co i raz skacząca Jaskółka jest w stanie niemalże dotknąć sklepienia cyrku. Nagle Joy słyszy za plecami zmęczone słowa Maestra: „Sama tego chciała. Powiedziała, że im wyżej latają jaskółki, tym mocniej świeci słońce”. Joy ignorując Maestra podrzuca piłeczki i chce wykonać swoją rutynową sztuczkę, lecz jedna z kulek upada na ziemię i toczy się w ciemnościach kulis. Maestro spogląda na padającego na kolana i próbującego dogonić na czworakach piłeczkę clowna. „Masz jedną minu… o mój Boże!” Joy dogoniwszy piłeczkę odwraca się w stronę Maestra, który początkowo stoi skamieniały, poczym wybiega w kierunku areny. Joy wciska twarz w szparę kotary, próbując dowiedzieć się, co się stało. Na środku sceny widzi zbiegowisko tęczowo ubranych ludzi, kulturystów, tygrysów i szczekających pudli. Od strony publiczności słyszy wielkie westchnienia i płacze dzieci i kobiet oraz ciche szepty mężczyzn. Nagle za kulisy wbiegają dwaj kulturyści niosący sponiewieraną Jaskółkę, a za nimi jeszcze bardziej spocony Maestro krzyczący „Sama tego chciała!”. W zamieszaniu Joy jest w stanie usłyszeć już tylko głos zastępcy Maestra: „Pieniądze za bilety mogą państwo odebrać w kasie” i świst gasnących świateł.

Następnego ranka Joy jak zwykle budzi się w swojej kanciapie. Jest godzina 8.00, pada deszcz. Musi teraz szybko iść do kasy po wypłatę za kolejny występ. Zrywa się z łóżka, myje się, ubiera i wybiega z pokoju. Tak jak przypuszczał, przy kasie nie ma jeszcze kolejki. Odbiera zatem świeżutkie banknociki i jak co dzień idzie z nimi do pobliskiej mieściny, aby je wszystkie wydać. Droga do miasteczka jest długa i wiedzie przez szerokie polne pustkowie, w którego środku znajduje się cyrk. Jeszcze widać ślady opon samochodów, które zabrały swoich pasażerów na wczorajszy nieudany występ. Joy doszedłszy do miasteczka z uśmiechem wdycha jego poranne zapachy tak odmienne od wieczornych smrodów cyrku. Pierwszym sklepem, który odwiedza jest cukiernia. Kupuje pachnące pączki z różanym nadzieniem i idzie dalej do herbaciarni. Tam siada przy stoliku i zamawia ulubioną wiśniową herbatkę. Delektując się smakiem i zapachem zauważa przez szybę witryny sklep z zabawkami znajdujący się po drugiej stronie ulicy. W witrynie stoi kobiecy manekin w baletowej pozycji. Co jakiś czas jego ręka wypręża się w bok w mechanicznym ruchu, dzięki czemu może chwycić wiszącą na ścianie pochodnię, poczym tym samym mechanicznym ruchem wyciąga rękę, przechyla do tyłu głowę i połyka ogień. Joy wpatruje się jakiś czas w nieodgadniony cud techniki, aż w końcu decyduje się na obejrzenie go z bliska. Dopija herbatę, wychodzi z herbaciarni, przechodzi na drugą stronę ulicy i staje przed sklepem z zabawkami. Manekin powtarzający swoją czynność zdaje się mieć znajomą twarz. Joy wchodzi do sklepu, ogląda manekin z bliska: „Jaskółka?”. „Joy? Cześć, przepraszam, ale nie mogę się odwrócić, a przez tę szybę nie widzę przechodniów na ulicy”. „A ty nie jesteś w szpitalu?”. „Nie, tylko skręcona kostka. Tylko lub aż”. „To twoja nowa praca?”. „Tak, Maestro zna tego sklepikarza. Kariera Jaskółki już jest przekreślona, ale drugą nogę mam silną, więc mogę sobie tak tu cały dzień stać. A i tak nie znajdą drugiego połykającego ogień manekina”. Jaskółka się śmieje. Jej śmiech nie jest perlisty, tylko jakiś pełen dziewczęcego uroku, całkowicie pozbawiony cyrkowej nuty. Nigdy wcześniej ze sobą nie rozmawiali, prócz krótkich „cześć” za kulisami. Joy wiedział jedynie, że ma jakieś 26 lat i że jest z rodziny tancerzy. Kariera tancerki jej nie wyszła, więc dostała się do cyrku, gdzie stała się cyrkową Jaskółką, która miała wysoko latać, żeby świeciło słońce. Joy zaczyna opowiadać, jakiego szumu narobiła poprzedniego wieczoru. Widzi tylko jej plecy i mechaniczne ruchy. Jest perfekcyjna w tym, co robi. Czasem tylko lekko się trzęsie z powstrzymywanego śmiechu, co powoduje tylko wrażenie „zacinania się mechanizmu”. „Chcesz zjeść pączek?” pyta Joy, przypomniawszy sobie, że ma jeszcze pełną ich torbę. „Dziękuję, wystarczy mi, że połykam ogień. Zresztą, nam tancerkom nie wypada jadać pączków, bo…” Jaskółka milknie. Joy czerwieni się i spogląda na swój zbyt ciasny kubraczek. „A twoim marzeniem było bycie clownem?”. „Nie do końca”. „No widzisz, a moim było zostać tancerką”. Jaskółka zaczyna opowiadać o tym, jak i dlaczego dostała się do cyrku. Joy o większości z tych rzeczy już słyszał. „I zarzucali mi, że jestem za mało skoczna, więc postanowiłam, że im pokażę. No i trafiłam do cyrku, gdzie miałam się tego nauczyć. Z występu na występ liny były umieszczane coraz wyżej. Sama tego chciałam. Chciałam sobie udowodnić, że potrafię być bardzo skoczna”. W pewnym momencie przerywa. „A ty aby nie powinieneś wracać?” Joy patrzy na zegarek. Rzeczywiście, jest 16.00, o 18.00 zaczyna się występ, a droga do cyrku nie należy do najkrótszych. Żegna się z Jaskółką, zapewniając ją, że jutro znów przyjdzie.

Przez następne deszczowe dni Joy codziennie rano chodzi po wypłatę, aby móc pójść do miasteczka, kupić pączki, wypić herbatę i spotkać się z niezmiennie odwróconą do niego tyłem Jaskółką. Spotyka się z nią, żeby opowiadać o swoim życiu, o którym już prawie zapomniał, o swoich ambicjach aktorskich, o swojej byłej żonie, która chciała mieć męża, a nie aktorzynę, o rodzicach, którzy chcieli mieć syna, a nie durnia. Jaskółka natomiast opowiada mu o krokach, wszelkich tanecznych krokach, o których marzy. „Czyli wasze małżeństwo było jak walc angielski? Dostojne i nudne”.

Pewnego dnia Joy ciesząc się, że znów spotka Jaskółkę, zastaje zamknięty sklep z zabawkami. Rolety w oknie są zasunięte. Joy zaczyna chodzić po innych sklepach i wypytuje, co się stało. „Plajta!” słyszy od każdego. „A Jaskółka?”. „Jaka Jaskółka?”. Zrezygnowany siada na ławeczce i nerwowo wpycha w siebie pączki. Nagle ktoś go zaczepia „Joy! A Ty tu co?”. „Maestro, ty na pewno wiesz, gdzie jest Jaskółka.” „Przecież to wszyscy wiedzą, po wypadku wyjechała do rodziców”. „A jej nowa praca?”. „Jaka nowa praca? Nic mi o tym nie wiadomo”. „Przecież sam jej ją załatwiłeś.” „Ja?” „Tak, w sklepie z zabawkami, to znaczy stała w witrynie”. „Ten manekin? Niezłe cacuszko, prawda? Pomogłem sklepikarzowi znaleźć taki. Potrzebował fajerwerków. No i co? I tak splajtował”. „Przecież to była Jaskółka!”. „Joy, nie jedz tylu pączków…” Maestro śmieje się. „Swoją drogą, ta Jaskółeczka miała rację. Odkąd spadła, ciągle leje. No, trzymaj się!”. Maestro zostawia Joya samego na ławce.

Jak co wieczór Joy o godzinie 18.00 zakłada spodnie w kolorowe paski, czerwone szelki, różową koszulę, zielony ciasny kubraczek, pedantycznie zawiązuje na szyi gigantyczną muchę w kropki, przeciera szmatką jaskrawe piłeczki, szykując się do kolejnego popisu durnia…



Cazik... 2008-05-24 17:24:56
skomentuj
CHICAGO (Analiza pod kątem reżyserii) AFiT 2008


Życie jest tylko przechodnim półcieniem,
Nędznym aktorem, który swoją rolę
Przez parę godzin wygrawszy na scenie
W nicość przepada – powieścią idioty,
Głośną, wrzaskliwą, a nic nie znaczącą.
„Makbet” William Shakespeare


Mamidło

„Chicago” Roba Marshalla można uznać za symbol życia – zachłystujemy się nim, wciąga nas, bawi, bulwersuje, śmieszy, zatrzymuje dech w piersiach. Dzięki musicalowej formie, możemy być tylko widzami. Tym bardziej, że główną bohaterką jest nierozgarnięta Roxie Hart, która marzy o karierze piosenkarki. Nie jest utalentowana ani kusząca, do celu ma zamiar dojść nawet po trupach. I mimo że zabija kochanka w afekcie, widz nie jest w stanie się identyfikować z taką niezdarną brzydulą, której chude nóżki plączą się pod jej wątłym ciałkiem. Już bardziej współczujemy Velmie Kelly, która jest i zdolna i ładna. A to, że zabiła siostrę i męża? Cóż, mogli być grzeczni…
Skąd więc taki „chicagowski szał”, tłumy ludzi w kinach, a późnej ciągłe oglądanie filmu w domach? Przecież pierwszym krokiem do przekonania widza do filmu jest przekonanie go do głównego bohatera. I tu właśnie do głosu dochodzi mistrzowska reżyseria. Tym razem bohater nie jest piękny lub biedny i dobry. Zostaliśmy omamieni. Mimo że Roxie Hart nas odpycha, chcemy jej więcej, z jej drażniącym głosikiem, lichą posturą, obrzydliwym charakterem i bijącą z twarzy głupotą (z czasem nawet się z nią identyfikujemy). Reżyser zdaje się mówić: Popatrzcie, wystarczą piórka i uśmiech i od razu jesteście w stanie pokochać nawet morderczynię. Nie jest to jednak myśl ukryta, gdyż cały film mówi nam o tym wprost, na każdym kroku, a utwór „Razzle-dazzle” jest tej myśli kulminacją. Przyczyną sukcesu jest też musicalowa forma. Okazuje się, że odepchnięty na jakiś czas musical, czekał przyczajony, ucząc się sztuki filmowej, aby wybuchnąć w postaci „Chicago”. I w ten sposób mamy powtórkę ze starego musicalowego kina, kiedy to przeboje muzyczne były noszone na ustach wszystkich jego widzów. A czy i teraz nie gra nam w duszy melodia z tanga więziennego kocic zza krat? Tym razem jednak prócz muzyki, omamiają nas również zdjęcia i dynamiczny montaż.

Willkommen, bienvenue, welcome
Im Cabaret, au Cabaret, to Cabaret


Prócz powrotu do musicalu, w „Chicago” mamy również powrót do sztuki teatralnej, odpychanej obecnie przez wielu twórców. Gdyby nie połączenie ujęć teatralno-widowskowych z realistycznymi, byłby musicalem jak każdy inny. Trzeba przyznać, że owa bardzo ciekawa idea reżysera, nie byłaby możliwa bez sztuki montażu. Tylko dzięki niej udaje się widza zachwycić połączeniem rozmowy policjanta i Amosa ze śpiewającą na fortepianie Roxie, wywiadu ze spektaklem lalkarskim, codziennego życia przestępczyń z ich dzikim tangiem, czy marzeń Roxie po wypuszczeniu z więzienia z jej realną sytuacją życiową. Film jest przepełniony mixem scen realistycznych z widowiskowymi. Nie jest to jednak pomysł nieuzasadniony. Reżyser dzięki sztuce filmowej pokazuje nam, że „świat jest teatrem”, że często potrafimy grać, udawać, a przy odrobinie zdolności, mamić i wystawiać spektakl. Z czasem uczymy się owych aktorskich sztuczek, tak jak Roxie w końcu sama zemdlała i udawała ciężarną. Ale nie jesteśmy tylko aktorami, jesteśmy również widzami głodnymi wrażeń, nawet tych najgorszych, oby tylko nie dotyczyły nas i żeby były podane na ładnym talerzu. Jednak tutaj następuje pewne ostrzeżenie ze strony reżysera. Katalin Helinszki zostaje skazana na karę śmierci. Widzimy Katalin Helinszki-baletnicę i Katalin Helinszki-skazaną. Baletnica ma za zadanie stać się niewidzialną, skazana – martwą. I choć mamy poczucie, że skazana Katalin nie może umrzeć, ponieważ jest to tylko zabawa, okazuje się, że poczucie jest błędne. Jest to kolejne igranie reżysera z widzem, lecz tym razem na serio. Gdyby Katalin nie została poddana niesłusznej karze śmierci, znów mielibyśmy do czynienia ze zwyczajnym wesołym („z przymrużeniem oka”) musicalem. Myślę, że ta scena nie jest tylko motywacją dla Roxie, aby posłuchać adwokata. Prócz pokazania klaszczącej publiczności, mamy również do czynienia z niesprawiedliwościami losu, mając w świadomości koniec filmu, w którym to Roxie odnosi sukces.

Casting

Aby mógł zaistnieć teatr/życie, muszą być zaangażowani aktorzy. Wydaje mi się, że w tej kwestii twórcy „Chicago” spisali się wyśmienicie. O charakterystyce głównej bohaterki, Roxie Hart, pisałam wyżej, więc jedynie potwierdzę, że wybór Renée Zellweger do tej roli był idealny, a także jej gra aktorska. Bohaterka według, jak sądzę, zamiarów reżysera nie może przyciągać widza sama w sobie, a jedynie otaczająca ją sytuacja. Velma Kelly przedstawiona przez Catherine Zetę-Jones jest piękną, zdolną przestępczynią – niedostępnym ideałem. Richard Gere ze swoimi śmiejącymi się oczami chyba nie miałby sobie równych w roli adwokata, który jako jedyny rozumie w stu procentach teatralność życia. I John Christopher Reilly, mający swoje pięć minut w utworze „Mister cellophane”, gdzie spocona twarz clowna Amosa nie odpycha, ale wzbudza współczucie. Tutaj warto zwrócić uwagę na poruszoną wcześniej kwestię mixu teatru z życiem. Postać Amosa jest chyba najnudniejszą w całym filmie, lecz dzięki wstąpieniu na scenę, staje się najbardziej tragiczną. Jest nudnym, zakochanym mężem, który pragnie jedynie szczęścia żony i swojego. Oczywiście, los w żaden sposób się nad nim nie lituje. Wręcz odwrotnie. Gra przed nim, tak jak Roxie gra przed nim kobietę w ciąży.

Happy end

Dzięki mamieniu publiczności, Roxie zostaje wypuszczona z więzienia. Świat stoi przed nią otworem. Jest uwielbiana przez prasę i Chicago (co właściwie zawsze idzie w parze). W końcu jednak okazuje się, że świat natychmiast zwraca oczy ku innej morderczyni. W ten sposób Roxie zostaje zapomniana, tak samo jak uwolniona wcześniej Velma Kelly. I tutaj bym skończyła film, zostawiając kwestię dalszego życia Roxie widzowi, a także po to, by odwdzięczyć się tragicznym postaciom filmu. Twórcy jednak poszli dalej, idąc za musicalową formą. Roxie marzy wciąż o sławie i w końcu się jej udaje. Wraz z Velmą zakładają duet i odnoszą sukces. W ten sposób mamy Happy end i uwielbienie widzów.

Aplauz


Siłą reżyserii „Chicago” nie jest sam pomysł na temat. W historii kina było zrealizowanych kilka innych filmów „Chicago” czy „Roxie Hart”, lecz ten z 2002 roku wygrywa ukazaniem możliwości technicznych obecnej kinematografii, a także inteligencją przekazu. Mimo naiwności bohaterów, dostajemy sytuacyjne informacje dotyczące paradoksów życiowych. W ten sposób „Chicago” nie jest tylko musicalem-widowiskiem, lecz również nośnikiem treści moralnych, niezbędnych do tego, aby stać się dziełem sztuki.


Cazik... 2008-05-24 17:23:45
skomentuj
Cóż

Kolejne postanowienie chitynowej skorupki – będę silna i nie poddam się
   Bycie  a r t y s t k ą  jest to ciężki orzech do zgryzienia. A może nie tyle samo nią bycie, co chęć stania się nią. O byciu artystką nie będę pisać, bo właśnie problem polega na tym, że chyba jeszcze nie do końca mogę się nią nazwać. W takim razie chęć bycia  a r t y s t k ą... 
   Pierwsza sprawa to kwestia samej artystyczności. Bo właściwie to kiedy można kogoś nazwać artystą? Kiedy coś tworzy? Nawet jeżeli tworzy tylko dla siebie? Czy dopiero kiedy zostanie zaakceptowany przez odbiorcę? I tutaj pojawia się kolejne pytanie: przez którego odbiorcę? Tego, który ma kasę? Czy tego, który kasy nie ma? Masowego czy elitarnego? Głodnego wrażeń czy intelektualnych impulsów? Jak połączyć lub rozgraniczyć bycie artystą i/lub intelektualistą?
  Teraz kwestia końcówki słowa  a r t y s t k a. Czyli kobieta. Odkąd to kobiety uważane są za artystki? Powiedzmy, że w XX-XXI wieku nie jest to już uważane za zgrzyt językowy. A jednak. Jeszcze zależy, jaką artystkę mamy na myśli. Malarka? Jakoś to brzmi. Aktorka? Już bardziej, o ile aktorów można uważać za twórców... No, ale mowa o artystach. Pisarka? Tak, tutaj panie przetarły godnie swoją ścieżkę. Poetka? Tutaj niby też, chociaż brzmi to idiotycznie. Reżyserka? To pomieszczenie? No właśnie, pani-reżyser... I tak jak malarka, aktorka, pisarka i poetka (ze swoim idiotycznym brzmieniem) mogą realizować się jako artystki wykorzystując swoją kobiecość, tak pani-reżyser – nie. Pani-reżyser musi mieć cechy męskie. Właściwie musi mieć głównie cechy męskie. Oczywiście, znane jest pojęcie "damskiego kina" i nie oznacza ono wcale kina płaczliwego i oglądanego tylko przez widzów telenowel, jednak panie, które stworzyły to kino również musiały się wykazać głównie cechami męskimi. To, że stworzyły "kino damskie" dowodzi tylko tego, że gdzieś tam udało im się w tym iście męskim zawodzie przemycić swoją kobiecość – nutkę kameralności, zadumy, łezki w oku etc etc etc.
   No dobrze, ale tutaj była mowa tylko o kobietach, które są już w pełni artystkami – paniami-reżyserami. A co z tymi, które dopiero zaczynają swoją artystyczną drogę? Kto im pokaże, jak mają się przedrzeć przez męski świat, pozostawiając jednak w sobie tę lirykę kobiecości? Stać się babo-chłopem to nie jest problem. Problemem jest natomiast pozostanie sobą i umiejętność rozepchania łokciami wszystkego dookoła właśnie  s o b ą. I tutaj też nie chodzi o to, żeby kokietować, kokietować i kokietować, aż w końcu ktoś da nam możliwość zadebiutowania. To też nie jest problem. Tylko, że tutaj też nastąpi pozostawienie  s i e b i e  gdzieś w odległych krainach dzieciństwa. Więc kto nauczy te biedne (może) przyszłe panie-reżyserki męskiej kobiecości?

I tutaj, oczywiście, nie znam odpowiedzi na to pytanie. (Ba! Byłoby pięknie dla mnie, gdybym znała) Zatem pozostawiam to pytanie otwartym. Może mój Wyimaginowany Czytelnik mi odpowie w mojej własnej wyobraźni...

Cazik... 2008-03-24 03:07:53
skomentuj
Córka Marnotrawna

Powracam, by znów podzielić się swoimi zatęchłymi myślami
Jest 23 marca, Pierwszy Dzień Świąt Wielkanocnych. Dzisiejszy dzień był iście świąteczny. Coby go uczcić należyce, moja kochana rodzinka postanowiła wybrać się na cmentarz, by odwiedzić resztę rodzinki. Widocznie jednak rodzinka nie była zbyt chętna na nasze odwiedziny, gdyż wysłała grom z jasnego jeszcze nieba i spowodowała zaśnięcie samochodu. Mruczał mruczał, aż w końcu mu się odechciało i stwierdził, że godzina pierwsza po południu to najlepszy czas na leżakowanie. W ten sposób ponad godzinę czekaliśmy, aby wreszcie ktoś ściągnął nas z szarej ursynowskiej trasy i uchronił przed nadciągającą ulewą. Wołanie na ratunek nie było takie proste, gdyż wszyscy siedzący przy rodzinnym jajecznym stole mieli w nosie to, czy ktoś potrzebuje pomocy czy nie. W końcu jednak zjawił się pan w żółtym niczym piskle samochodzie i zgarnął nas pod swoje ochronne skrzydło. Wróciwszy wreszcie do domu, co by nie mówić, szczęśliwa, bo wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej, zabrałam się za obieranie rumianego jajeczka ze skorupki, aby je – nie bądźmy tacy kulturalni – zeżreć. Los, oczywiście, pokarał mnie za moje łakomstwo. Po zjedzeniu połowy jajka, moje usta wykrzywiły się, a nos zaczął dawać oznaki niezadowolenia. Jajko było zepsute.

Święta, święta...
Jajko zepsute
Pistacje zbyt słone
Humor nijaki

Abrakadabra
Wydarzenia tego dnia doprowadziły mnie do komputera. I tutaj (wreszcie) czekały mnie dwie bardzo miłe niespodzanki. Pierwszą była wiadomość od mojej koleżanki z czasów Ogniska, cudownej aktorki, która zaszczyciła mnie swoją grą w jednym z moich warsztatów. Drugą natomiast też wiadomość, ale od kolegi, którego nie widziałam od czasów podstawówki. Nie będę tutaj przytaczać owych wiadomości. Cofnęły mnie one jednak do przeszłości. Czasy podstawówki to rzeczywiście już kilka odległych lat. Jakim zastraszonym kurczaczkiem kiedyś byłam. Właściwie to dalej jestem, tylko przybrałam pozę mądrej kwoki (?). No i te marzenia. Chyba trochę inaczej wyobrażałam sobie siebie za te dziesięć lat.



Cazik... 2008-03-23 20:44:55
skomentuj
Wiersza nie będzie

Drogi Wyimaginowany Czytelniku,

Sporo czasu mi zajęło, żeby wreszcie sobie o Tobie przypomnieć. Nie będę Ci mówić o zmianach w moim życiu, gdyż podobno Wyimaginowanych Czytelników mało takie rzeczy obchodzą. Jedyne, co mogę powiedzieć to to, że czasem możesz zauważyć brak literki "i". Nie wynika to z mojego braku szacunku do Ciebie, a jedynie z braku szacunku moich opornych klawiszy do mnie. Chociaż może tym razem uda mi się pokonać tę kreaturę.

Psik!
Po raz setny obejrzałam film Chicago. Nie dlatego, żebym tak bardzo za nim tęskniła, ale dlatego, że powinnam napisać pracę (już studencką) na jego temat. Jest godzina 3.30, a praca jeszcze nie powstała i nie powstanie w najbliższym czasie. Może to Ci wystarczy za wytłumaczenie, czemu tak długo tu nie pisałam. Nie czas jednak, aby się nad sobą użalać. Czas ten wbrew pozorom nie był czasem myślowej inercji. Wrócę jednak do filmu. Ostatnio oglądałam go kilka lat temu (liczenie w latach zaczyna mnie przerażać). Jednak dopiero teraz zwróciłam uwagę na fakt, że kobitki w kultowym już chyba kawałku tanga więzinnego wyglądają za kratami jak tygrysice czekające na... No właśnie. I tutaj jeszcze nie sprecyzowałam myśli. Ale załóżmy, że czekają na rzucenie im mięcha. I tak właśnie sobie pomyślałam, że ja – od lat uważana za kocicę czy inne takie z pazurami – też czekam na rzucenie mi mięcha. Czy bym od razu to mięcho rozszarpała? Nie wiem. Pradopodobnie, znając siebie, raczej bym się nim delektowała próbując poznać każdą jego żyłkę...czy włókno mięśnia.

W tramwaju
Kolejna sprawa to 622 upadki Bunga. Bungo czy Akne, Bungo czy Akne? Ta sprawa męczy mnie od dłuższego czasu. Tak długiego jak moje męczenie książki. Zaczynają krążyć wokół mnie żarty, że teraz czytam tę książkę z pominięciem przyimków, a kiedy indziej, że przekształcam każdy przymiotnik w przysłówek (tiaa... za dobrym słowem cudownego Pana X, zaczęłam również czytać Paragraf 22). W każdym razie ostatnimi czasy czuję się Bungiem, który chce, a nie może, bo chce, a wciąż nie może etc. Generalnie, książkę uznałam w 3/4 za irytująco powtarzającą się – i zapewne dlatego na długo pozostanie w mojej pamięci.

Fabryka
Pozostawiając serce przy teatrze doszłam do wniosku, że film jest kwintesencją wszystkich sztuk (teatr, muzyka, obraz). Problem polega na tym, że często (jak to bywa z kwintesencjami – patrz kulturoznawstwo) spłaszcza każdą z tych sztuk, która nie jest w stanie żyć w pełni w nie swoim już wymiarze. I tak, aktorzy czują się istotami zagubionymi, gdyż jest nieważne, co potrafią i co zagrają. Nierzadko zdarza się, że do filmu trafiają ich pomyłki, które paradoksalnie idealnie pasują do konwencji i treści filmu. W ten sposób biedny aktorzyna czuje się niepotrzebny, bo skoro jego pomyłka była tym, co jest słuszne, w takim razie równie dobrze taką pomyłkę mógłby popełnić ktokolwiek. Sprawa reżyserii? No cóż. Trzeba być znającym się na wszystkim reżyserem, żeby przekonać wszystkich do swoich racji. Operatorzy... z tymi różnie bywa. Czasem rzeczywiście są malarzami. Czasem jednak myślą tylko o formie (cóż...sztuka XX wieku), zapominając całkowicie o treści. Montażyści – ci są cudotwórcami. Chociaż...

Baranek
Tutaj tylko taki mały zaczątek czegoś, co mam zamiar kiedyś skończyć. Chrystus jest barankiem z włochatym pyszczkiem, który został poprowadzony na rzeź. No i jeszcze ta kontrowersyjna myśl na temat miłości Marii i Chrystusa. Dokończę, kiedy będę wystarczająco wyedukowana, aby mieć siłę argumentów.

A i jeszcze jedna sprawa...
Kocham!


Tururu.

Cazik... 2008-03-17 04:08:29
skomentuj
Próbne montaże...

Tup tup



Cazik... 2008-02-23 10:12:21
skomentuj
Idzie Kasia

Ze spuszczoną głową, powoli,
wraca Kasia ze szkolnej niedoli.
Ciążą książki, mózg drętwy jak deska,
ze sprawdzianu, jedna, wielka kreska.

Siadła Kasia na ławce w pół drogi,
a w drzwiach domu czeka ojciec srogi.
Szłaby Kasia może bardziej żwawo,
lecz, co pomyśli, robi jej się słabo.

Mogły być stopnie bardziej przyjazne,
lecz jej komórki są na to zbyt ciasne.
Miał być z Kasi bardzo wielki bystrzak,
lecz jej nie wyszło, wizja szybko prysła.

Mogła Kasia zrobić dużo więcej,
lecz co pomyśli, to znów jej się nie chce.
Oj, ty Kasiu, Kasiu pał łapaczko,
wszystkie twe pały można wozić taczką.

Miałaś być Kasiu uczoną kobitą,
a co zostało – ni tam to, ni to.
Jej herb miał być mądrą sową,
a stał się figą makową.

Bez paska, bez szóstek na cenzurce,
oj, da w skórę ojciec córce...


Cazik... 2007-01-04 21:40:24
skomentuj
Puk puk tu Ameryka

W kolorowym miescie
szukam rannych ptakow.
W kolorowym miescie
spadla pusta kropla.
W kolorowym miescie
nikt nie zadaje pytan.
Tu
usmiech wlada losem.
Usmiech na tak
i na nie.
Usmiech, co otwiera Swiat.
W kolorowym miescie
zgubilam ego
i szukam
w kolorowym miescie
jego.

Ci, co kolorowe miasto
nazywaja plastykiem;

Ci, co nie wierza w Niebo;

Ci, co szukaja siebie tam;

Niech ida...

Niech biegna...

W podskokach...

Na jednej nodze nawet.

Niech znajduja niemozliwe.

Gdyz tu.
W kolorowym miescie
niemozliwe nie jest niemozliwe.

Cazik... 2006-08-19 01:48:45
skomentuj
Wesele

Proszę bardzo! Weselisko!
Związek kobiety i mężczyzny,
Lecz to nie wszystko!
Nadzieja na zaszycie blizny!
Pawie pióra i mieszczuchy,
Chłopi w barwnych falbanach,
Nieważne wszelkie rozruchy,
Trwa zabawa do białego rana!
Gwizdy, śmiechy, tańce.
Wnet z siebie zrzucamy
Stereotypów kagańce,
Chłop z panem zbratany!

Pan Młody słów potok leje.
Jego pani nie pojmuje,
Dziwi się i mdleje,
Gdy ten mówi „Skoro kłuje,
Zdejmij buty, moja miła!”
„Nie przystoi” rzecze Panna
I wnet się sama zarumieniła.

Cóż to znowu? Jakaś zwada:
„Każden sobie rzepkę skrobie”
Powiada Radczyni z siebie rada
„Wyście sobie, a my sobie!”

Chłopa wartości jednak inne
Niż pana, różne środowisko.
I tylko panny bogu ducha winne
Tańczyć chcą i to wszystko!

Poeta z Rachelą w poezji uścisku
Chochoła zapraszają w tany,
Coby się zjawił na weselisku
W swój skromny strój ubrany.

Noc coraz ciemniejszą się staje.
W pijanym wirze goście zmęczeni
Są, nie wierząc w nadchodzące baje,
Że wesele w fantastykę się zmieni.

Dziennikarz swoje alter ego
Widzi w postaci Stańczyka
– błazna niegdyś królewskiego,
Który sprytnie czasowi umyka.
Upiór Dziada nachodzi,
Poeta z Rycerzem Czarnym
Się spotyka, który zagrodzi
Mu drogę gestem marnym.
Pan Młody zobaczy Braneckiego,
Gospodarzowi Wernyhora złoty
Róg poda, który do czynu narodowego
Ma dodać społeczeństwu ochoty.

I Jaśko pognany został,
To wielkie wyzwanie dla niego,
Lecz zadaniu swojemu nie sprostał
– ważniejsza wartość pióra pawiego.

Wnet Chochoł zagrał dwie nuty,
Kosy z rąk wypadają,
Każdy gość do ziemi przykuty,
Chcą walczyć, lecz siły nie mają.

A snop się staje symbolem
Nieszczęścia, co w duszy przygrywa.
Społeczeństwo ma już w garści rolę,
Lecz wciąż pada, zamiast się zrywać.

Lecz jak tu się dziwić ludowi,
Wciąż setkami wojen rujnowanemu,
Że gdy nawet nadzieję złowi,
Nie wierzy sercu swojemu?


Cazik... 2006-06-06 22:22:31
skomentuj
You are so beautiful, to me...

You are so beautiful to me
You are so beautiful to me
Can't you see
Your everything i hoped for
Your everything i need
You are so beautiful to me

Such joy and happiness you bring
Such joy and happiness you bring
Like a dream
A guiding light that shines in the night
Heavens gift to me
You are so beautiful to me



i tyle.. kochany Joe!

Cazik... 2006-02-20 12:03:40
skomentuj
Mrrruu...

Proszę Pana! Proszę Pana!
Cynamon czy goździki?
Jestem taka niezdecydowana,
A Pan robi uniki!

Zapachy w mojej głowie
Snują się i snują...
Proszę Pana, niech pan powie,
Jakie na Pana oddziałują?

Muszę się dowiedzieć!
Afrodyzjakiem Pana otulić.
Możemy nawet w domu siedzieć
I przy kominku razem się skulić...

A gdy się skulimy razem.
Wszystko pójdzie potem gładko.
Pan jest przecież facet z gazem,
Ja nie będę już zagadką!

Rano jajecznicę wyborną zrobię,
Wsypię kilka przypraw.
Później kwiatki położę na grobie...
Koniec Pańskich wypraw!


Cazik... 2006-02-17 23:19:23
skomentuj
Hej, słowiku!

Hej, słowiku!
Mój maleńki!
Zanuć dla mnie swoją melodię.
Niech zagra raz jeszcze w moim sercu.

Hej, uroczy,
powiedz mi słówko.
Poczuj mój dreszczyk
na swoich piórkach.

Hej, aniele
w złocistych lokach,
zapłacz nade mną,
gdy zasną już gwiazdy.

Hej, nieosiągalny,
czekać się nauczyłam
już dawno.
Przestać nie umiem do tej pory.


Cazik... 2006-01-24 01:33:37
skomentuj


...pamiątkowe twarze
...Twoja twarz

...dawne twarze

2008
wrzesień
sierpień
lipiec
maj
marzec
luty
2007
styczeń
2006
sierpień
czerwiec
luty
styczeń
2005
grudzień
wrzesień
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2004
grudzień
listopad
październik
wrzesień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec

...inne twarze

marzenia

*
**

słowa

*
**

lewitacja

*
**
*
**

twarze

...wyraz mojej twarzy

The current mood of diabli_diabli@wp.pl at www.imood.com